W sobotę wieczorem Valencia podejmie na Estadio Mestalla Barcelonę. W drużynie gospodarzy nie wystąpi Nico Gonzalez, pomocnik wypożyczony do ekipy Los Ches. To pokłosie klauzuli strachu, którą przed laty często stosował… Real Madryt.
Xavi popiera tę klauzulę
Klauzula strachu, paniki, wstydu czy wręcz… pełnych portek – tak Hiszpanie nazywają te zapisy w kontraktach piłkarzy uniemożliwiające im grę przeciwko drużynom, z których zostali wypożyczeni. Przed meczem Valencii z Barcą trener gości Xavi Hernandez był pytany o tę kwestię. Wypowiedział się jasno:
– Uważam, że klauzula strachu w przypadku Nico to dobre rozwiązanie. Koniec końców to nasz piłkarz. Darzę zaufaniem Nico, ale powtarzam: to nasz gracz i nie chcemy, by to on wyrządził nam w tym meczu jakąś szkodę. Myślę, że owa klauzula jest czymś pozytywnym. Taką decyzję podjął klub.
Jak Nico sobie radzi
Nico w tym sezonie rozegrał 10 meczów ligowych w Valencii. 4 razy zaczynał spotkania od początku, raz rozegrał pełne 90 minut. Nie uwzględniono go w składzie na najbliższy mecz z Barcą, wcześniej zdarzyło się to tylko raz – przeciwko Osasunie. W ostatnim meczu z Mallorką niestety przyczynił się do porażki swojej drużyny, bo sfaulował rywala w polu karnym (skończyło się 1:2 z perspektywy Valencii).
Barcelona chętnie widziałaby Nico z powrotem już w styczniu
Nico musi rywalizować o miejsce w składzie z Hugo Guillamonem, choć zdarzało się już, że grali w duecie. Katalońska prasa podaje, że Barcelona ostatnio dużo o nim myśli w związku ze słabnącą formą Sergio Busquetsa i odejściem tego zawodnika po tym sezonie. Żeby jednak Nico wrócił do Barcy w styczniu, kluby musiałyby się dogadać, bo w umowie ws. wypożyczenia nie ma zapisów pozwalających Katalończykom na „wzięcie” Nico już za kilka miesięcy.
Klauzula strachu – specjalność Realu
Chociaż teraz Barcelona korzysta z klauzuli strachu, przed laty słynął z tego Real Madryt. Zaczęło się w 2004 roku. To rozwiązanie stało się normą w przypadku wychowanków Królewskich, wszystkich bez wyjątku. Dochodziło do absurdów. Chociażby wtedy, gdy Josep Sene nie mógł zagrać w meczu trzeciej ligi w drużynie Realu Oviedo. Powód? Rywalem był Real C.
Na liście Soldado, Negredo, Callejon, Canales…
Na tej liście graczy objętych klauzulą strachu przez Real były dotychczas znane nazwiska. Ruben de la Red został wysłany na trybuny, choć gdyby Getafe zapłaciło 300 tysięcy, klauzula mogłaby zostać odłożona na bok i nie obowiązywać. Alvaro Negredo zabraniano gry na stadionie Realu – Santiago Bernabeu, natomiast pozwolono mu trafiać do siatki w domowych meczach Almerii przeciw Realowi…
Jeśli chodzi o graczy wciąż aktywnych i znaczących w LaLiga, to można wymienić Sergio Canalesa – gwiazdę Betisu, ale przez te lata przewinęła się duża grupa zawodników: Royston Drenthe, Borja Valero, Esteban Granero, Roberto Soldado czy Jose Maria Callejon.
Karceni przez Eto’o czy Morientesa
Real Madryt zdecydował się na uwzględnianie w kontraktach klauzuli strachu po złych doświadczeniach z okresu 2002-04. Wtedy wychowankowie szkodzili Realowi. Pedro Munitis, David Aganzo, Fernando czy Tote to zawodnicy, którzy „urywali” punkty drużynie z Madrytu. Najmocniej w pamięci osób z kierownictwa klubu zostały porażki na Bernabeu 0:4 w Copa del Rey i 1:5 w Primera Division.
Wtedy Samuel Eto’o, grając w drużynie Mallorki, strzelał gole Realowi. Z kolei Fernando Morientes, który trafił do Monaco, bo trzeba było znaleźć miejsce dla Ronaldo, pogrążał Real w Lidze Mistrzów. No i te przykrości doprowadziły do większej ostrożności, a więc wprowadzenia znanej już wielu fanom hiszpańskiej piłki klauzuli strachu.
W sprawie klauzuli strachu zdania są podzielone. Zwłaszcza gdy mowa o młodych piłkarzach, takich jak Nico. Bowiem zdarzały się też historie niedotyczące młokosów – Philippe Coutinho swego czasu, gdy grał w Bayernie, wystąpił w meczu będącym deklasacją Barcelony. Wbił dwa gole i Bayern wygrał 8:2, a mecz przeszedł do historii.

