Sport bywa nieprzewidywalny i potrafi wyznaczać kierunki życia, uczyć determinacji oraz odporności na porażki. Tak właśnie było w przypadku Karola Boryckiego, dziś 33-letniego przedsiębiorcy z Rybnika, który jeszcze kilka lat temu należał do grupy jednych z pierwszych instruktorów polskiego kitesurfingu. Jego historia to opowieść o pasji, walce z kontuzją i ostatecznie o odnalezieniu stabilizacji w miejscu, którego sam nigdy wcześniej nie planował. W swojej karierze jako instruktor pojawiał się na wodach Kenii, płynnie posługując się czterema językami.
Pierwsze kroki: od siłowni po Holandię
Zanim deska i latawiec stały się jego codziennością, Karol Borycki kończył technikum handlowe, a później studiował przedsiębiorczość na Uniwersytecie Śląskim. Równolegle dorabiał na siłowni sprzedając karnety i obsługiwając klientów. To były czasy, kiedy sport wciąż był bardziej hobby niż życiową ścieżką.
Przełom nastąpił podczas przerwy w studiach. Karol spakował walizkę i wyjechał do Holandii. Tak zwany „Gap year” zamienił się w ponad dwa lata pracy zarobkowej i intensywnej nauki języka. Ale to nie pieniądze były najważniejsze. Każdy wolny dzień spędzał na wodzie. Morze Północne i tamtejsze warunki wietrzne pozwoliły mu rozwinąć skrzydła w kitesurfingu.
Do Polski wrócił w 2016 roku ze względu na kontuzję. Podczas jednego z treningów złamał nogę. Operacja i długa rekonwalescencja zakończyły holenderski etap, ale otworzyły kolejny rozdział.

Instruktor z numerem 36
Na rodzimym wybrzeżu Karol Borycki odnalazł się błyskawicznie. Dołączył do szkółki kitesurfingowej w Chałupach, gdzie sezon trwał od kwietnia do września. Z czasem zdobył licencję instruktora Polskiego Związku Kiteboardingu (PZKite) z numerem 36. Dziś, kiedy kolejni adepci otrzymują numery bliskie 900, można powiedzieć, że należał do jednych z pierwszych certyfikowanych instruktorów tej organizacji w Polsce.
– To była wolność. Telefon komórkowy miał znaczenie drugorzędne, grafiki układał wiatr, a nie kalendarz – wspomina Karol Borycki.
Praca instruktora oznaczała nie tylko sport, ale też naukę komunikacji. Karol potrafił porozumieć się z kursantami w czterech językach – polskim, angielskim, niderlandzkim i czeskim. Dzięki temu miał okazję szkolić pasjonatów z całego świata. Największą egzotyką w ramach jego działań jako instruktor okazał się jednak wyjazd do Kenii, gdzie przez kilka miesięcy uczył kitesurfingu na Oceanie Indyjskim.

Gdy zatrzymał go wiatr pandemii
Kitesurfing mógł być planem na całe życie, ale w 2020 roku przyszedł covidowy lockdown. Granice zamknięto, turystyka zamarła, a wraz z nią praca instruktorów. Karol Borycki musiał zmierzyć się z pytaniem, co dalej.
Odpowiedź znalazł w rodzinnym Rybniku. Jego mama od lat prowadziła sklep Żabka i to właśnie tam Karol zdobywał pierwsze doświadczenia w biznesie. Wiedział, że potrafi zarządzać zespołem i rozumie podstawy handlu. W 2022 roku podjął decyzję o otwarciu swojego sklepu i został franczyzobiorcą w sieci Żabka.
– Dziś mam te same odczucia co na półwyspie helskim. Biznes i życie prowadze po swojemu, sam sobie układam pracę, a także jestem swoim szefem, a sklepem, gdy jestem na sesjach kite-owych, zarządzam z poziomu telefonu – dodaje.

Nowy etap, ta sama pasja
Dziś Karol Borycki prowadzi biznes w rodzinnym mieście i mówi wprost, że stabilizacja była mu potrzebna. Handel daje mu poczucie bezpieczeństwa finansowego, ale sportu nigdy nie porzucił. Wciąż znajduje czas na krótkie wyjazdy – chociażby na Sycylię, gdzie w cztery dni potrafi się „naładować wiatrem” na kolejne miesiące.
– Kitesurfing zostaje we krwi na zawsze. To nie jest sport, który się porzuca. To sposób patrzenia na życie – podkreśla.
